Lech Twardowski na nowo stawiał granice.

2020-07-24  13:26

Nie była to praca konkwistadora opanowującego przestrzeń i zdobywającego nowe terytoria, lecz podróżnika gubiącego się w marszrucie i przygotowującego dalszą podróż. Przemieszczenie, a nie władza, było jego prawem.

Przed laty, w trakcie jednej z nocnych rozmów z Lechem Twardowskim, obserwowałem, jak powstaje cała seria rysunków, które artysta kreślił jeden po drugim, w przerwach między wypowiadanymi słowami. To, o czym mówiliśmy, było zapewne błahe, uleciało wraz z zapachem odkorkowanego wina, a rysunki wyrwane ze szkicownika spadały na podłogę i nad ranem utworzyły górę papieru. Miałem wówczas wrażenie, że nie słowa – nawet błyskotliwe, ani nie formy – na pewno trafne, lecz pustka między nimi jest źródłem tworzenia, miejscem kształtowania się wyobraźni, miejscem istnienia obrazu. Obrazu niezrealizowanego, dopuszczającego nieskończoną ilość ulotnych szkiców, a w zasadzie bezformie nieznanej głębi, z której – przy doskonałej biegłości ręki i wyczuleniu oka – wydobywają się jakieś odpryski, jakby ślady nieuchwytnej pierwotności ciszy. W sztuce wydobycie jest jednak wtargnięciem i gwałtem, nieoswojoną siłą i eksplodującą materią, zburzeniem powierzchni. Procesem twórczym rządzi pełna sprzeczności dynamika, która sprawia, że ruch między punktami i warstwami (czymkolwiek by one były: wewnętrznością i zewnętrznością, głębią i płaszczyzną, ideą i materią, ciszą i głosem; pustką, formą i obrazem, literą, znakiem i znaczeniem…), jest nieskończonym napięciem, czymś niemożliwym do ujęcia w jedności sensu i codzienności doświadczenia, jest po prostu pęknięciem tak porządkującego umysłu, jako rutyny formy. Wynika z tego dyskursywna niejasność, literacka nieokreśloność, filozoficzne niedopowiedzenie poszukujące dla siebie miejsca poza wyraźnie określonymi, zazwyczaj przez instytucje życia społecznego, centrami historii sztuki.

Tak powstają szczeliny w artystycznej skorupie wypełnione jakimiś fragmentami formy i kształtu, jakby drobinami zawieszonymi w obcym roztworze. Tak rodzą się bezkształtne energie, krążące jak wolne elektrony poza strukturą atomu. Tworzą one wyłomy w porządku myśli, są rysami na gładkiej powierzchni sztuki, mają smak obcości w obszarze ludzkiej wrażliwości, są tajemnicą twórczości. „W zasadzie – mówi Twardowski – w obrazie wszystko jest ujawnione, znajduje się na powierzchni, wszystko jest widoczne, wyeksponowane. Nawet energia obiektu jest namacalna, odczuwalna bezpośrednio… To istota rzeczy – dokonać opisu, interpretacji, krytyki w sposób naturalny, otwarty i spontaniczny. Trzeba dotknąć tajemnicy, a nie tylko szukać racjonalnego wyjaśnienia”[1].
więcej w temacie: https://magazynszum.pl/obrazy-energie/?fbclid=IwAR2HjJM3GSdz61oJTrbcxOxH-YMa8_NbPbVFYWdd4I4_Z0tglJYXF7aB7wA